mgr Daniel Kasprowicz
dietetyk i pielęgniarz
dyrektor Kliniki im. bł. o. Jan Beyzyma
prezes Fundacji dla Madagaskaru
Czasem wydaje mi się, że pielęgniarstwo to nauka słuchania ciszy. Ciszy między oddechami pacjenta, między dźwiękiem szpitalnej aparatury a westchnieniem bezradności. Na Madagaskarze ta cisza jest codziennością – i bywa śmiertelna. W Klinice im. Bł. o. Jana Beyzyma, w małym miasteczku Manerinerina, pielęgniarki i pielęgniarze są często pierwszym i ostatnim ogniwem łańcucha opieki zdrowotnej. Nie mamy zaplecza intensywnej terapii, respiratorów ani zapasów leków. Mamy doświadczenie, intuicję, wiedzę i ręce, które potrafią zrobić więcej, niż uczą podręczniki. Tutaj pielęgniarstwo to nie plany opieki, a codzienna walka o życie pacjenta w warunkach trudnych do wyobrażenia. Jest solidną podstawą systemu, gdzie na dziesięć tysięcy mieszkańców przypada zaledwie kilku lekarzy.
Nazywam się Daniel Kasprowicz i jestem absolwentem dietetyki i pielęgniarstwa Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Od 2014 roku posługuję chorym na Czerwonej Wyspie, a od 2021 roku prowadzę swój wieloprofilowy ośrodek medyczny w dystrykcie Ambatoboeny na północy Madagaskaru. W ośrodku, gdzie dziennie przyjmujemy dziesiątki pacjentów, jedna butla z tlenem kosztuje tyle, co średnia krajowa, a decydując o jej wykorzystaniu wsłuchujemy się w oddech pacjenta. Już, czy jeszcze jej potrzebuje. Nie ma w tym nic heroicznego. Jest tylko człowiek i drugi człowiek. I cisza między oddechami.
Gdy zabraknie tlenu
Valisoa miała jedenaście lat. Cicha, drobna, z oczami większymi niż jej wychudzone ramiona. Przyjechała do nas z gruźlicą płuc w bardzo zaawansowanym stadium. Leczenie rozpoczęto późno – jak większość dzieci w regionie, do szpitala trafiła dopiero, gdy zaczęła dusić się nocami. Pamiętam jej babcię, która siedziała na krześle przy łóżku, trzymając ją za rękę, jakby chciała pożyczyć jej trochę swojego powietrza.
Od 2024 roku klinika, którą prowadzę, stała się oficjalnie Centrum Diagnozowania i Leczenia Gruźlicy i Trądu, a państwo malgaskie zapewnia nam leki przeciwgruźlicze i odczynniki laboratoryjne do barwienia zakrwawionych plwocin. I to w sumie jedyne leki, jakie otrzymujemy z rządu. Cała reszta jest na naszych barkach.
Tego dnia skończył się tlen. Zwykły koncentrator, który od kilku dni pracował bez przerwy na ośmiolitrowym przepływie, w końcu odmówił posłuszeństwa i zgasł na dobre. Ostrożnie dawkowałem tlen z butli, bo na stanie pozostały już tylko dwie – jedna w izolatce, gdzie leżała Valisoa, druga na bloku operacyjnym. Aby zdobyć nowe, trzeba było najpierw odesłać pustą butlę do magazynu i czekać na swoją kolej w długim łańcuchu potrzebujących ośrodków. Magazyn znajdował się w Mahajanga, sto osiemdziesiąt kilometrów od nas, a napełnianie butli odbywało się dopiero w stolicy wyspy, oddalonej o kolejne czterysta kilometrów. Średni czas oczekiwania – tydzień. Tydzień, który dla pacjentów takich jak Valisoa jest wiecznością.
W tym miesiącu, z powodu problemów finansowych, magazyn z tlenem wstrzymał pracę, pozostawiając północną część wyspy bez dostaw. Kiedy dotarła do nas ta wiadomość, zapadła cisza. Kilka godzin później skończyła się zapasowa butla, a saturacja dziewczynki zaczęła nieubłaganie spadać – siedemdziesiąt procent, potem niżej. Valisoa przestała mówić, bo każde słowo wymagało od niej ogromnego wysiłku. Gasła, a ja mogłem tylko trzymać jej dłoń i słuchać, jak cichnie. Pamiętam jej błagalny wzrok, który zatrzymał się na zepsutym koncentratorze. Nie umierała tylko na gruźlicę. Umierała na brak tlenu – tego samego, który w Polsce płynie z każdej ściany szpitala. Po jej śmierci w sali przez chwilę nie było żadnego dźwięku. Żadnych urządzeń, żadnych głosów. Tylko cisza, która nauczyła mnie, że pielęgniarstwo to także obecność wtedy, gdy medycyna już nic nie może. Nie mogliśmy jej uratować, ale mogliśmy sprawić, że nie umarła sama.
Sześć kilogramów i siedemset gramów
Davidson miał pięć lat i ważył zaledwie sześć kilogramów i siedemset gramów. Do kliniki przyprowadziła go babcia, która od dłuższego czasu opiekowała się nim samotnie. Matka chłopca pracowała na polu ryżowym u innej rodziny, próbując zarobić na utrzymanie, dlatego to właśnie na barkach starszej kobiety spoczywała codzienna opieka nad wnukiem. Chłopiec trafił do nas z ostrą biegunką, ciężką niedokrwistością i objawami zapalenia płuc. Był skrajnie niedożywiony. Przyczyn jego stanu było wiele. Z jednej strony wyniszczenie spowodowane przewlekłą chorobą doprowadziło do zaburzeń metabolicznych, z drugiej – dramatycznie uboga dieta. W miejscu, gdzie ryż stanowi często jedyny posiłek dnia, białko i witaminy są luksusem.
Davidson przyszedł do nas już w stanie krytycznym – jego ciało było jak cień, a oczy mówiły więcej niż jakiekolwiek badanie. Od chwili przyjęcia do jego śmierci minęły zaledwie trzy dni. Przez ten czas robiliśmy wszystko, co było możliwe: wdrożyliśmy stopniowe żywienie terapeutyczne, nawodnienie, antybiotykoterapię, leczenie objawowe. Każda godzina była walką o utrzymanie życia w ciele, które już nie miało siły walczyć. W trzeciej dobie pojawiła się niewydolność wielonarządowa. Nie pomogło nic – ani medykamenty, ani modlitwy babci, ani nasze ręce, które robiły wszystko, by zatrzymać to, co nieuniknione.
To był dla mnie moment wstrząsający. Każda wizyta kachektycznego dziecka, które waży mniej niż kilkanaście puszek z ryżem, poraża za każdym razem tak samo. To widok, który uderza w zmysły, zatrzymuje na chwilę oddech, a potem zmusza do działania. Niepojętym absurdem jest dla mnie ta ogromna przepaść w świecie, gdzie jedni pławią się w dobrobycie, gdzie społeczeństwa nie potrafią poradzić sobie z nadmiarem, z chorobą otyłościową, z konsumpcjonizmem, który staje się nową formą głodu – głodu rzeczy, doznań i luksusu – podczas gdy miliard ludzi wciąż głoduje, tak naprawdę.
Ta dysproporcja boli. Nie dlatego, że można ją opisać liczbami, ale dlatego, że ma konkretne imię, wagę i spojrzenie dziecka, które umiera, bo nie zjadło od tygodni pełnego posiłku. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, że pielęgniarstwo nie jest tylko zawodem, lecz rodzajem sprzeciwu wobec obojętności. Być pielęgniarzem w miejscu, gdzie głód jest codziennością, to nie tylko podawać leki, ale stawać w obronie życia, które dla świata jest zbyt ciche, by je usłyszeć. I może właśnie dlatego, mimo zmęczenia i bezsilności, każdego dnia otwieram drzwi naszego Centrum Rekuperacji Żywieniowej z tą samą wiarą, że choć nie zmienimy świata, możemy zmienić czyjś los – choćby na trzy dni.
Żyć wbrew statystykom
Jacklin miał zaledwie szesnaście lat, gdy zdiagnozowano u niego białaczkę. W kraju, gdzie nie ma oddziałów onkologicznych i możliwości przeszczepienia szpiku, takie rozpoznanie brzmi jak wyrok. Lekarze z Antsohihy powiedzieli jego rodzinie, że może nie dożyć końca 2023 roku. Ale Jacklin żyje – i uśmiecha się szczerze, gdy przychodzi na kontrolę.
Nie mieliśmy możliwości leczenia przyczynowego, więc skupiliśmy się na terapii objawowej: przetaczaliśmy krew, podawaliśmy sterydy, edukowaliśmy rodzinę i po prostu opiekowaliśmy się nim najlepiej, jak potrafiliśmy. Cały personel szpitalny stał się dla Jacklina rodziną – bratem i siostrą, ojcem i matką, do których wracał przynajmniej raz w miesiącu. Z czasem stał się częścią naszego zespołu. Wspólne podawanie leków, transfuzje, kontrola bólu, żywienie, obserwacja najmniejszych zmian w jego stanie – wszystko to nabrało rytmu codzienności, w której każdy dzień był jak mały przeszczep nadziei.
Dziś, jako osiemnastoletni chłopak, Jacklin ukończył gimnazjum i zdał egzaminy państwowe. Choć nie kontynuuje nauki w szkole średniej z powodu częstych nieobecności, pomaga starszemu bratu w pracy – wozi piasek na budowę, obsługuje traktor, dogląda współpracowników i opiekuje się schorowaną matką. Ten chłopak nauczył mnie, że pielęgniarstwo to nie tylko leczenie, ale trwanie przy człowieku, który wbrew statystyce postanawia żyć. Zrozumiałem też, że nawiązywanie więzi emocjonalnych z pacjentami nie osłabia ani nie przytłacza – przeciwnie, daje siłę i uczy dbania o każdego pacjenta tak, jak o własnego brata czy siostrę. Na Madagaskarze nie istnieje żadna placówka wykonująca przeszczepy szpiku, dlatego każdy nowotwór krwi prędzej czy później staje się wyrokiem. W naszym szpitalu otaczamy szczególną opieką osoby w stanie paliatywnym, starszych, niedożywionych, znajdujących się w kryzysie finansowym i tych, którymi już nikt nie chce się zajmować. Choć wymaga to ogromnego zaangażowania i nieustannego poszukiwania wsparcia finansowego w Polsce, daje poczucie sensu, radości i zdrowej odpowiedzialności – przy współistniejącym poczuciu pełnego spełnienia.
Pielęgniarstwo na Czerwonej Wyspie
W krajach o niskich zasobach to właśnie pielęgniarki i pielęgniarze stanowią trzon systemu zdrowia. Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia powszechnym jest zjawisko task-shifting, czyli przejmowania części obowiązków lekarzy przez personel pielęgniarski. Lekarzy na Madagaskarze jest niewielu – w niektórych regionach jeden lekarz przypada na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Dlatego pielęgniarki przyjmują porody, wykonują drobne zabiegi chirurgiczne, zszywają rany, zakładają dreny, decydują o antybiotykoterapii, diagnozują zakażenia pasożytnicze, prowadzą triage w izbie przyjęć, wykonują badania laboratoryjne plwocin pod kątem gruźlicy, prowadzą konsultacje prenatalne, dobierają antykoncepcję, ratują życie.
Nasza klinika zatrudnia trzech lekarzy: internistę, chirurga i rezydenta, którzy ściśle współpracują z zespołem pielęgniarskim. Pełne obowiązki anestezjologiczne, w tym znieczulenie i opieka podczas operacji, spoczywają na pielęgniarzu anestezjologicznym. Nie są „pomocnicami”. Są filarem systemu. W Naczelnej Izbie Pielęgniarskiej w Antananarywie widnieje postać Florencji Nightingale z hasłem: Infiermiera zaho, tsy mpitsabo mpanampy – Jestem pielęgniarką, nie służącą lekarza. Ich kompetencje idą w parze z ogromnym zaufaniem społecznym. Malgasze potocznie mówią: Ndao amin’ny Rasazy – Idź do pielęgniarki. Sam pracuję w zespole, w którym pielęgniarki są sercem całej opieki.
To one pierwsze zauważają, że pacjent oddycha szybciej, że spojrzenie staje się inne, że coś się zmienia. One są pierwszą linią czujności, ostatnią linią obrony. I choć często nie mają stetoskopu z nowoczesną membraną, mają coś więcej – instynkt i doświadczenie, których nie da się kupić. W pracy w takich warunkach uczysz się pokory. Bo nie ma tu aparatury, która uratuje pacjenta – jest człowiek, który może zrobić wszystko albo nic. Ale czasem to „nic” – to trwanie przy chorym – okazuje się najważniejsze.
Cisza między oddechami
Czasami, gdy po nocnym dyżurze wychodzę na zewnątrz szpitala, patrzę na niebo nad Manerinerina. Przez brak chmur horyzont wydaje się nadzwyczaj rozległy. Słychać cykady gnieżdżące się w kwitnącym na krwisto-czerwono Flamboyant, koguty i odległy śmiech dzieci. Myślę wtedy o wszystkich, których nie udało się uratować. O Valisoa, o Davidsonie, o setkach innych, którzy zostali tylko w pamięci zespołu. I o tych, którzy żyją – jak Jacklin, który każdego dnia udowadnia, że pielęgniarstwo ma sens, nawet gdy nie ma lekarstwa.
Czasem wydaje mi się, że pielęgniarstwo to nieustanne balansowanie między życiem a śmiercią, między działaniem a obecnością. Nie zawsze możemy zmienić los, ale zawsze możemy być obecni. A to – w miejscach, gdzie kończy się tlen i leki – bywa największym darem. W ciszy między jednym a drugim oddechem rodzi się sens naszej pracy. Nie w statystykach, nie w procedurach, ale w spojrzeniu człowieka, który przez chwilę nie jest sam. To jest pielęgniarstwo, które trwa – nawet wtedy, gdy medycyna już się kończy.
Działania Daniela Kasprowicza, funkcjonowanie Clinique Médicale BEYZYM w Manerinerina oraz leczenie pacjentów w jednym z najuboższych regionów Madagaskaru można wesprzeć za pośrednictwem Fundacji dla Madagaskaru. Każda wpłata pomaga zapewnić leki, tlen i opiekę medyczną tym, którzy najbardziej jej potrzebują. Więcej na: https://fundacjadlamadagaskaru.pl/wesprzyj/


