Empatia w czasach scrollowania

Między emocją, odpowiedzialnością a rzeczywistą zmianą społeczną

Empatia jest jednym z tych pojęć, które we współczesnym świecie pojawiają się niezwykle często, ale których znaczenie coraz trudniej jednoznacznie określić. Mówimy o niej w kontekście cierpienia, ubóstwa, chorób, katastrof humanitarnych czy nierówności społecznych. Widzimy ją w kampaniach organizacji pozarządowych, apelach charytatywnych i historiach publikowanych w mediach społecznościowych. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że im częściej deklarujemy empatię, tym trudniej przychodzi nam przekładanie jej na rzeczywiste, długofalowe działania. Problem nie musi jednak wynikać z niedostatku wrażliwości. Znacznie bardziej interesujące wydaje mi się pytanie o to, w jaki sposób nauczyliśmy się empatię przeżywać, wyrażać i wykorzystywać, szczególnie w świecie, w którym niemal każde ludzkie doświadczenie może zostać przekształcone w treść internetową.

Współczesny człowiek ma dostęp do ogromnej ilości informacji o ludzkim cierpieniu. W ciągu kilku minut może zobaczyć obrazy wojny, głodu, choroby dziecka czy dramatycznej sytuacji rodziny mieszkającej na drugim końcu świata. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu podobne doświadczenia docierały do nas przede wszystkim za pośrednictwem prasy, telewizji lub bezpośrednich relacji. Dzisiaj cierpienie stało się niemal stałym elementem naszej codzienności. Pojawia się pomiędzy zdjęciem znajomego z wakacji, reklamą produktu a zabawnym filmem, zostając włączone w ten sam mechanizm konsumpcji treści, który rządzi pozostałą częścią internetu. Nie sądzę, aby oznaczało to, że staliśmy się mniej wrażliwi. Jesteśmy natomiast wystawieni na znacznie większą liczbę bodźców emocjonalnych, niż jesteśmy w stanie przetworzyć. Nasza uwaga jest ograniczona, podobnie jak możliwości psychiczne, organizacyjne i materialne. Nie możemy odpowiedzieć na każde cierpienie, które zobaczymy, ani ponosić odpowiedzialności za wszystkie dramaty rozgrywające się na świecie.

Właśnie dlatego coraz większego znaczenia nabiera rozróżnienie pomiędzy empatią jako reakcją emocjonalną a empatią prowadzącą do świadomej odpowiedzialności. Współczucie pozwala dostrzec cierpienie i nie pozostać wobec niego obojętnym, ale samo w sobie nie wystarcza do udzielenia skutecznej pomocy. Pacjent z ciężką malarią, gruźlicą czy niedożywieniem nie potrzebuje wyłącznie naszego wzruszenia. Potrzebuje właściwego rozpoznania, odpowiedniego leczenia, dostępnych leków, kompetentnego personelu i systemu, który pozwoli mu otrzymać pomoc również wtedy, gdy nie dysponuje wystarczającymi środkami finansowymi. Empatia może stanowić początek tej drogi, ale nie może zastępować profesjonalizmu. W działalności humanitarnej szczególnie łatwo pomylić chęć pomagania z rzeczywistą zdolnością do udzielenia pomocy. Naturalna potrzeba natychmiastowego działania, pojawiająca się w odpowiedzi na cudze cierpienie, nie zawsze prowadzi do rozwiązań odpowiadających rzeczywistym potrzebom drugiego człowieka. Zdarza się, że własne pragnienie zrobienia czegoś dobrego zaczyna dominować nad pytaniem o to, czy nasze działanie rzeczywiście przyniesie komuś korzyść.

Wieloletnia działalność humanitarna na Madagaskarze nauczyła mnie, że dobre intencje nie są gwarancją dobrych rezultatów. Można przekazać sprzęt medyczny do placówki, która nie posiada personelu potrafiącego go obsługiwać. Można zorganizować krótkoterminową misję medyczną, podczas której zostaną zdiagnozowane dziesiątki pacjentów, ale nie zostanie zapewniona możliwość kontynuowania leczenia. Można wybudować obiekt, którego lokalna społeczność nie będzie w stanie utrzymać, albo zrealizować projekt odpowiadający bardziej oczekiwaniom zagranicznych darczyńców niż potrzebom jego odbiorców. Wszystkie te działania mogą wynikać z autentycznego współczucia, a mimo to nie przynieść oczekiwanej poprawy sytuacji. Nie podważam motywacji osób podejmujących podobne inicjatywy, ale uważam, że w działalności pomocowej zbyt często oceniamy to, co chcieliśmy zrobić, zamiast przyglądać się konsekwencjom tego, co rzeczywiście zrobiliśmy. Pomoc humanitarna nie jest konkursem dobrych intencji. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy zdrowia i życia drugiego człowieka.

Odpowiedzialność zaczyna się po zakończeniu zbiórki

Budowanie i prowadzenie placówki medycznej w regionie o ograniczonym dostępie do ochrony zdrowia wymaga znacznie więcej niż jednorazowego zaangażowania. Potrzebna jest infrastruktura, wykwalifikowany personel, ciągłość dostaw leków, finansowanie diagnostyki, przestrzeganie lokalnego prawa i współpraca z miejscowymi instytucjami. Trzeba regularnie wypłacać wynagrodzenia, naprawiać urządzenia, kupować odczynniki laboratoryjne, utrzymywać dostęp do energii elektrycznej i prowadzić dokumentację medyczną. Są to obowiązki, które nie wywołują szczególnych emocji, ale bez których żadna placówka nie może prawidłowo funkcjonować. Co istotne, wszystkie te działania muszą być kontynuowane również wtedy, gdy zainteresowanie darczyńców słabnie, kończy się kampania fundraisingowa, a organizacja przestaje pojawiać się w mediach. Właśnie w takich okolicznościach najpełniej ujawnia się różnica pomiędzy spontanicznym zaangażowaniem a odpowiedzialnością za rozpoczęte przedsięwzięcie.

W przypadku Clinique BEYZYM, placówki medycznej działającej w północno- zachodniej części Madagaskaru, pomoc nie polega wyłącznie na organizowaniu okresowych akcji medycznych czy wizyt zagranicznych specjalistów. Jej istotą jest codzienna działalność szpitala, w którym pacjenci otrzymują świadczenia medyczne niezależnie od tego, czy ich historia zainteresuje kogokolwiek w Polsce. To leczenie chorób zakaźnych, diagnostyka zakażeń pasożytniczych, opieka nad dziećmi, pomoc osobom niedożywionym, pacjentom z gruźlicą czy osobom starszym. Większość tych działań nie ma charakteru medialnego. Są wykonywane przez miejscowych lekarzy, pielęgniarki i diagnostów laboratoryjnych, których codzienna praca stanowi podstawę funkcjonowania placówki. Z perspektywy osoby odpowiedzialnej za jej prowadzenie wiem, że znacznie łatwiej jest opowiedzieć historię budowy szpitala niż przedstawić wszystkie wyzwania związane z jego utrzymaniem. Budowa jest wydarzeniem, które ma swój początek, zakończenie i widoczny rezultat. Prowadzenie szpitala jest natomiast procesem, którego nie można zakończyć wraz z osiągnięciem celu zbiórki.

Podobny problem dostrzegam w sposobie postrzegania finansowania działalności humanitarnej. Znacznie łatwiej zainteresować darczyńców zakupem nowego urządzenia medycznego niż koniecznością comiesięcznego wypłacania wynagrodzeń personelowi. Nowoczesny sprzęt można sfotografować, przedstawić jego wartość i pokazać jako konkretny rezultat wsparcia. Wynagrodzenie lekarza czy pielęgniarki jest wydatkiem powtarzalnym, pozbawionym podobnej atrakcyjności komunikacyjnej. Tymczasem nawet najlepszy sprzęt nie zastąpi człowieka, który każdego dnia przychodzi do pracy, przyjmuje pacjentów i ponosi odpowiedzialność za ich leczenie. Podobnie szpital nie będzie funkcjonował bez energii elektrycznej, materiałów medycznych czy odpowiedniego zaplecza administracyjnego. W społecznej wyobraźni nadal funkcjonuje przekonanie, że dobra organizacja charytatywna powinna przeznaczać niemal wszystkie otrzymane pieniądze bezpośrednio na beneficjentów, a koszty organizacyjne są czymś niepożądanym. W praktyce takie podejście może prowadzić do niedofinansowania podstawowych elementów działalności. Racjonalne gospodarowanie środkami jest obowiązkiem każdej organizacji, ale nie powinno być utożsamiane z rezygnacją z wydatków niezbędnych do zapewnienia jakości i ciągłości pomocy.

Współczesna kultura komunikacji przyzwyczaiła nas do historii mających wyraźne zakończenie. Widzimy człowieka w trudnej sytuacji, następnie pojawia się pomoc, a na końcu szczęśliwe rozwiązanie. Taki sposób opowiadania daje odbiorcy poczucie sprawczości i przekonanie, że podjęte działanie przyniosło oczekiwany rezultat. Rzeczywistość medyczna jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Nie każdego pacjenta można wyleczyć, nie każdą chorobę można zatrzymać i nie wszystkie konsekwencje wieloletniego ubóstwa czy ograniczonego dostępu do opieki zdrowotnej można odwrócić. W ochronie zdrowia istnieje wiele sytuacji, w których najważniejszym celem nie jest całkowite wyleczenie, lecz zmniejszenie cierpienia, poprawa jakości życia, zapewnienie godności czy po prostu obecność przy człowieku. Wartość pomocy nie może być zatem mierzona wyłącznie liczbą wyleczonych pacjentów, zebranych pieniędzy czy zrealizowanych inwestycji. Nie zwalnia to organizacji z obowiązku oceny rezultatów, ale wymaga uczciwego uwzględniania ograniczeń medycyny i warunków, w których pomoc jest udzielana.

Ten sam problem dotyczy edukacji. Finansowanie nauki dziecka przez kilka kolejnych lat może wydawać się mniej atrakcyjne niż jednorazowa pomoc w nagłej sytuacji. Nie ma tutaj spektakularnego zakończenia, które można przedstawić po kilku tygodniach. Jest natomiast wieloletni proces, wymagający konsekwencji zarówno ze strony dziecka i jego rodziny, jak i osób finansujących edukację. Rezultaty takiego zaangażowania mogą być widoczne dopiero po latach. W działalności Fundacji dla Madagaskaru program stypendialny jest właśnie przykładem pomocy, której sens opiera się na ciągłości, a nie na pojedynczym geście. Nie wystarczy umożliwić dziecku rozpoczęcie nauki, jeżeli nie stworzymy warunków do jej kontynuowania. Odpowiedzialność za rozpoczęte przedsięwzięcie powinna więc stanowić jeden z podstawowych elementów planowania projektów humanitarnych, niezależnie od tego, czy dotyczą one ochrony zdrowia, edukacji czy infrastruktury społecznej.

Godność człowieka a marketing cierpienia

Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk współczesnej działalności charytatywnej jest stopniowe podporządkowywanie sposobu przedstawiania ludzkiego cierpienia mechanizmom komunikacji i marketingu. Organizacje pozarządowe konkurują o uwagę odbiorców, a uwaga ta staje się zasobem niezbędnym do pozyskiwania finansowania. W praktyce oznacza to, że sposób przedstawienia problemu może mieć niemal równie duże znaczenie dla powodzenia zbiórki jak sam problem. Historia chorego dziecka, któremu można pomóc poprzez sfinansowanie konkretnej operacji, jest dla odbiorcy łatwiejsza do zrozumienia niż potrzeba zapewnienia wieloletniego finansowania podstawowej opieki zdrowotnej w ubogiej społeczności. W pierwszym przypadku istnieje wyraźnie określony cel, bohater i oczekiwane zakończenie. W drugim mamy do czynienia z procesem, którego rezultaty są rozłożone w czasie i często trudne do przedstawienia w atrakcyjnej formie. Powstaje w ten sposób mechanizm, w którym o szansie na otrzymanie pomocy może decydować nie tylko rzeczywista potrzeba, lecz także medialna atrakcyjność cierpienia.

Nie wszystkie choroby wywołują takie samo zainteresowanie. Nie każda historia kończy się wyzdrowieniem. Nie każdy pacjent chce publicznie opowiadać o swoim cierpieniu i nie każda społeczność dysponuje narzędziami umożliwiającymi dotarcie do potencjalnych darczyńców. W krajach o ograniczonych zasobach problem ten jest szczególnie widoczny. Osoba mieszkająca na obszarze wiejskim Madagaskaru, niemająca dostępu do internetu, nieznająca języków obcych i pozbawiona kontaktów z organizacjami międzynarodowymi, ma znacznie mniejsze możliwości przedstawienia swojej sytuacji niż ktoś funkcjonujący w społeczeństwie cyfrowym. Jej potrzeby nie są jednak mniej istotne. Organizacje pozarządowe powinny więc dostrzegać również tych ludzi, którzy sami nie mają możliwości zabrania głosu, pamiętając jednocześnie, że reprezentowanie czyichś interesów nie daje prawa do zawłaszczania jego historii. Człowiek potrzebujący pomocy nie powinien stawać się narzędziem pozyskiwania środków finansowych, a jego godność, prywatność i prawo do decydowania o własnym wizerunku muszą pozostawać ważniejsze niż skuteczność kampanii.

W działalności humanitarnej, zwłaszcza prowadzonej wśród społeczności dotkniętych ubóstwem, niezwykle łatwo przekroczyć tę granicę. Zdjęcie cierpiącego dziecka może wywołać silną reakcję emocjonalną i przyczynić się do zebrania pieniędzy na leczenie. Nie oznacza to jednak automatycznie, że jego publikacja jest etycznie uzasadniona. Czy rodzina rzeczywiście rozumie, gdzie i w jakim celu zostanie wykorzystany wizerunek dziecka? Czy wyrażona zgoda jest świadoma i dobrowolna? Czy przedstawiana historia oddaje rzeczywistą sytuację, czy została uproszczona w taki sposób, aby wywołać określone emocje? Szczególnie istotne wydaje mi się pytanie, czy organizacja byłaby gotowa udzielić tej samej pomocy, gdyby nie mogła opublikować żadnego zdjęcia. Nie chodzi o całkowitą rezygnację z dokumentowania działalności, ponieważ komunikacja jest niezbędnym elementem budowania zaufania i pozyskiwania wsparcia. Trzeba jednak pamiętać, że osoba potrzebująca pomocy pozostaje podmiotem naszych działań, a nie elementem strategii komunikacyjnej.

Z tym zagadnieniem wiąże się również sposób przedstawiania społeczności afrykańskich w europejskiej przestrzeni publicznej. Zbyt często ich mieszkańcy pojawiają się wyłącznie jako bierni odbiorcy pomocy, pozbawieni sprawczości, wiedzy i możliwości samodzielnego działania. W takich narracjach zagraniczny wolontariusz staje się głównym bohaterem opowieści, podczas gdy miejscowi lekarze, pielęgniarki, nauczyciele i przedstawiciele społeczności pozostają niemal niewidoczni. Tymczasem to właśnie oni najczęściej ponoszą odpowiedzialność za codzienne funkcjonowanie placówek i kontynuowanie działań po wyjeździe zagranicznych zespołów. Praca w Manerinerina uświadomiła mi, jak istotne jest odchodzenie od takiego sposobu myślenia. Pomoc humanitarna nie powinna budować obrazu społeczeństw niezdolnych do samodzielnego działania, lecz pokazywać ich potencjał, kompetencje i realne ograniczenia, z którymi muszą się mierzyć. Szczególnie ważne jest przy tym, aby nie mylić większych możliwości finansowych organizacji zagranicznej z większym prawem do decydowania o potrzebach lokalnej społeczności.

Krytyczna refleksja nad marketingiem cierpienia nie oznacza jednak, że internet jest przeciwnikiem empatii. Rozwój komunikacji cyfrowej stworzył organizacjom pozarządowym możliwości, które jeszcze kilkanaście lat temu były trudno dostępne. Niewielka organizacja może obecnie docierać do tysięcy odbiorców bez konieczności prowadzenia kosztownych kampanii telewizyjnych, informować o realizowanych projektach, pozyskiwać darczyńców i utrzymywać stały kontakt z osobami wspierającymi jej działalność. W przypadku Fundacji dla Madagaskaru internet odgrywa istotną rolę w finansowaniu działalności medycznej i organizowaniu programu stypendialnego. Dzięki niemu osoby mieszkające w Polsce mogą wspierać edukację dzieci w Mampikony czy działalność szpitala w Manerinerina, mimo że nigdy osobiście nie odwiedziły Madagaskaru. Nie widzę powodu, aby ich zaangażowanie uważać za mniej wartościowe od pomocy osób przebywających na miejscu. Regularne wsparcie finansowe może stanowić fundament działań, których realizacja bez takich środków byłaby niemożliwa.

Problem zaczyna się wtedy, gdy sukces komunikacyjny zostaje utożsamiony z sukcesem humanitarnym. W świecie zdominowanym przez statystyki wyświetleń, polubień i udostępnień łatwo zapomnieć, że rzeczywiste znaczenie pomocy nie zawsze znajduje odzwierciedlenie w zainteresowaniu odbiorców. Pacjent, który otrzymał właściwe leczenie, nie staje się zdrowszy dlatego, że jego historia zdobyła tysiące wyświetleń. Dziecko, któremu zapewniono możliwość kontynuowania edukacji, nie odnosi większej korzyści dlatego, że jego zdjęcie wywołało wiele pozytywnych komentarzy. Organizacje pozarządowe powinny nauczyć się wykorzystywać media społecznościowe bez podporządkowywania im sensu własnej działalności. Mogą przy tym traktować internet nie tylko jako narzędzie zbierania pieniędzy, ale również jako przestrzeń edukacji społecznej. Wyjaśnianie przyczyn chorób, znaczenia profilaktyki, mechanizmów funkcjonowania systemów ochrony zdrowia czy konsekwencji nierówności społecznych jest bardziej wymagające niż publikowanie prostych, emocjonalnych historii, ale może prowadzić do znacznie bardziej świadomego zaangażowania.

Profesjonalizm, partnerstwo i granice pomagania

W debacie publicznej działalność humanitarna bywa przedstawiana przede wszystkim jako przestrzeń dobrych intencji, bezinteresowności i osobistego poświęcenia. Są to wartości ważne, ale niewystarczające do prowadzenia odpowiedzialnych działań, szczególnie w ochronie zdrowia. Organizacja pozarządowa realizująca projekty medyczne musi przestrzegać prawa, respektować kompetencje zawodowe, zapewniać bezpieczeństwo pacjentów i odpowiednio zarządzać powierzonymi środkami finansowymi. W przypadku międzynarodowej pomocy medycznej pojawia się dodatkowy wymiar odpowiedzialności. Zagraniczny wolontariusz nie powinien traktować kraju przyjmującego jako przestrzeni, w której obowiązują mniej rygorystyczne zasady wykonywania zawodu. Ubóstwo pacjenta nie może być usprawiedliwieniem dla obniżania standardów medycznych. Jeżeli określone działanie byłoby niedopuszczalne w europejskim szpitalu ze względu na brak kwalifikacji lub uprawnień, nie powinno stawać się akceptowalne tylko dlatego, że odbywa się w Afryce. Szczególnie trudna sytuacja pacjentów powinna zobowiązywać organizacje do zachowania najwyższej staranności, a nie do poszukiwania wyjątków od zasad, których przestrzegania oczekiwalibyśmy we własnym kraju.

W praktyce oznacza to konieczność odejścia od romantycznego wyobrażenia wolontariatu medycznego jako spontanicznego wyjazdu, podczas którego sama obecność zagranicznego specjalisty stanowi wartość. Etyczny wolontariat musi uwzględniać lokalne przepisy dotyczące wykonywania zawodu, odpowiednie kwalifikacje, współpracę z miejscowymi pracownikami ochrony zdrowia, rzeczywiste potrzeby placówki oraz możliwość kontynuowania leczenia po zakończeniu misji. Pacjent nie może ponosić konsekwencji tego, że zagraniczny zespół przebywa w danym miejscu jedynie przez kilka tygodni. Rozpoznanie choroby, której dalsza diagnostyka lub leczenie nie będą możliwe, może prowadzić do dodatkowych problemów, jeżeli wcześniej nie zostanie zaplanowany odpowiedni sposób postępowania. Dlatego każda interwencja medyczna powinna być rozpatrywana zarówno z perspektywy bezpośrednich korzyści, jak i konsekwencji dla pacjenta oraz lokalnego systemu ochrony zdrowia. W tym kontekście nie zawsze potrzebujemy kolejnych osób gotowych wyjechać do odległego kraju. Czasami znacznie większą wartość ma sfinansowanie wynagrodzenia miejscowego lekarza, zakup leków lub zapewnienie dostępu do diagnostyki laboratoryjnej.

Współpraca humanitarna nie powinna również opierać się na przekonaniu, że przyjeżdżający z Europy specjaliści automatycznie wiedzą lepiej, czego potrzebuje lokalna ludność. Miejscowi lekarze, pielęgniarki, nauczyciele i przedstawiciele społeczności posiadają wiedzę, której nie da się zastąpić nawet najlepszym przygotowaniem teoretycznym. Znają lokalne uwarunkowania, bariery ekonomiczne, zachowania zdrowotne i rzeczywiste możliwości funkcjonowania instytucji. Zagraniczna organizacja może dysponować większymi zasobami finansowymi, dostępem do technologii czy międzynarodowych kontaktów, ale nie oznacza to, że posiada pełniejsze rozumienie wszystkich lokalnych problemów. Pomoc humanitarna powinna wzmacniać zdolność społeczności do samodzielnego rozwiązywania problemów, zamiast utrwalać zależność od zagranicznych darczyńców i wolontariuszy. Właśnie dlatego tak duże znaczenie ma zatrudnianie miejscowych pracowników, rozwijanie ich kompetencji i współpraca z istniejącymi instytucjami publicznymi.

Doświadczenia związane z prowadzeniem placówki medycznej na Madagaskarze pokazują, że trwałość projektów zależy w dużej mierze od ich zakorzenienia w lokalnych strukturach. Budowanie równoległego systemu pomocy, funkcjonującego niezależnie od miejscowych instytucji, może przynosić krótkoterminowe korzyści, ale jednocześnie zwiększać zależność społeczności od zewnętrznego finansowania. Organizacje pozarządowe mogą uzupełniać istniejący system ochrony zdrowia, docierać do grup pozostających poza jego zasięgiem, identyfikować niezaspokojone potrzeby i wspierać rozwój lokalnych kompetencji. Nie powinny jednak automatycznie zastępować instytucji publicznych ani przejmować ich odpowiedzialności. Ważna jest również współpraca pomiędzy samymi organizacjami społecznymi, które często realizują podobne projekty, funkcjonując niezależnie od siebie i konkurując o te same źródła finansowania. Wiele wyzwań zdrowotnych i społecznych ma charakter systemowy, dlatego skuteczna odpowiedź wymaga współdziałania organizacji pozarządowych, placówek medycznych, instytucji publicznych i środowiska akademickiego.

Z perspektywy działalności medycznej szczególnie wyraźnie widać również ograniczenia pomocy skoncentrowanej wyłącznie na leczeniu chorób. Zdrowie człowieka zależy nie tylko od dostępu do lekarza i leków, lecz także od warunków mieszkaniowych, wyżywienia, edukacji, dostępu do bezpiecznej wody, infrastruktury sanitarnej i sytuacji ekonomicznej rodziny. Leczenie dziecka z powodu choroby pasożytniczej jest niezbędne, ale jeżeli dziecko wróci do środowiska pozbawionego odpowiednich warunków sanitarnych, ryzyko kolejnego zakażenia pozostanie wysokie. Podobnie leczenie niedożywienia może przynieść poprawę stanu zdrowia, ale bez zmiany warunków żywieniowych i ekonomicznych rodziny problem może powrócić. Pacjent, który nie ma pieniędzy na transport do placówki medycznej, może zgłosić się dopiero w zaawansowanym stadium choroby, a rodzina zmuszona do wyboru pomiędzy zakupem żywności a opłaceniem badań nie zawsze będzie w stanie postępować zgodnie z zaleceniami medycznymi. Działalność humanitarna wymaga więc spojrzenia wykraczającego poza pojedynczą interwencję. Nie wystarczy leczyć skutków ubóstwa, jeżeli nie próbujemy jednocześnie ograniczać czynników, które prowadzą do ich powstawania.

W tym miejscu działalność medyczna spotyka się z edukacją, polityką społeczną i rozwojem gospodarczym. Finansowanie nauki dziecka może wydawać się działaniem odległym od bezpośredniej pomocy zdrowotnej, ale w dłuższej perspektywie edukacja może wpływać na sytuację ekonomiczną rodziny, świadomość zdrowotną i zdolność do podejmowania samodzielnych decyzji. Podobnie rozwijanie lokalnych kompetencji zawodowych może przynosić korzyści wykraczające poza funkcjonowanie pojedynczej placówki. Nie oznacza to, że każda organizacja powinna zajmować się wszystkimi problemami społecznymi. Przeciwnie, konieczne jest realistyczne określanie własnych możliwości, kompetencji i priorytetów. Żadna pojedyncza organizacja nie jest w stanie samodzielnie rozwiązać problemów strukturalnych całego kraju czy regionu. Może jednak tworzyć konkretne rozwiązania, wzmacniać lokalne instytucje i przyczyniać się do poprawy warunków życia określonej społeczności.

Z odpowiedzialnością za innych wiąże się również konieczność uznania własnych ograniczeń. Działalność pomocowa często opiera się na przekonaniu, że człowiek zaangażowany społecznie powinien być stale dostępny, gotowy do reagowania i zdolny do ponoszenia kolejnych wyrzeczeń. W rzeczywistości takie oczekiwania mogą prowadzić do przeciążenia, frustracji i wypalenia. Osoby pracujące w ochronie zdrowia i organizacjach humanitarnych regularnie stykają się z cierpieniem, którego nie są w stanie całkowicie wyeliminować. Dodatkowym obciążeniem bywają ograniczenia finansowe, trudności organizacyjne i poczucie odpowiedzialności za los innych ludzi. W przypadku niewielkich organizacji szczególnie łatwo dochodzi do sytuacji, w której znaczna część obowiązków spoczywa na jednej osobie. Tymczasem trwałość działalności społecznej wymaga budowania zespołów, delegowania odpowiedzialności i tworzenia struktur, które nie będą całkowicie uzależnione od obecności konkretnego człowieka. Troska o osoby pomagające jest jednym z warunków zapewnienia ciągłości pomocy. Nie można budować trwałego systemu wsparcia innych ludzi na nieustannym wyczerpywaniu tych, którzy tego wsparcia udzielają.

Empatia, która nie potrzebuje publiczności

Jednym z najważniejszych warunków odpowiedzialnego humanitaryzmu pozostaje zaufanie. W przestrzeni internetowej funkcjonują tysiące zbiórek, kampanii i apeli, a przeciętny odbiorca nie zawsze posiada wiedzę pozwalającą ocenić ich wiarygodność. Organizacje pozarządowe nie powinny oczekiwać bezwarunkowego zaufania wyłącznie dlatego, że deklarują działalność dobroczynną. Muszą je budować poprzez przejrzystość finansową, rzetelne informowanie o działaniach, przedstawianie rezultatów i gotowość do wyjaśniania podejmowanych decyzji. Szczególnie ważna jest uczciwość w komunikowaniu ograniczeń i niepowodzeń. Organizacja, która przedstawia wyłącznie sukcesy, może sprawiać wrażenie skutecznej, ale jednocześnie budować nierealistyczny obraz działalności humanitarnej. Tymczasem rzeczywistość jest pełna trudności, nieprzewidzianych sytuacji i decyzji podejmowanych w warunkach ograniczonych zasobów. Potrzebujemy również przestrzeni na opowiadanie o projektach wymagających zmiany założeń, błędach, z których wyciągnięto wnioski, i działaniach, które nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Taka otwartość nie powinna być traktowana jako oznaka słabości, lecz jako element profesjonalnej odpowiedzialności.

Warto zastanowić się także nad potrzebą bycia zauważonym. Media społecznościowe stworzyły przestrzeń, w której niemal każde działanie może zostać udokumentowane, opublikowane i poddane społecznej ocenie. Dotyczy to również działalności charytatywnej. Publikowanie informacji o pomocy może pełnić ważną funkcję edukacyjną, mobilizacyjną i sprawozdawczą, ale jednocześnie istnieje ryzyko, że sama widoczność działania zacznie być traktowana jako miara jego wartości. W takiej sytuacji granica pomiędzy informowaniem o pomocy a budowaniem własnego wizerunku może stać się trudna do uchwycenia. Nie uważam, aby osoby zaangażowane społecznie powinny ukrywać swoją działalność. Ważne jest jednak zachowanie świadomości, komu i czemu służy publikowana treść. Czy pokazujemy określoną sytuację, aby zwiększyć wiedzę społeczną i umożliwić skuteczne działanie, czy przede wszystkim po to, aby odbiorcy dostrzegli nasze zaangażowanie? W praktyce motywacje te mogą się przenikać, dlatego tak istotna jest zdolność do krytycznego spojrzenia również na własne działania.

Wieloletnie doświadczenie pracy na Madagaskarze sprawia, że coraz większą wartość dostrzegam w działaniach, które nie potrzebują publiczności. W codziennym funkcjonowaniu szpitala zdarzają się sytuacje, które nigdy nie zostaną opisane w mediach społecznościowych. Pacjent otrzymuje leczenie, dziecko wraca do zdrowia, osoba starsza uzyskuje pomoc, a pracownik medyczny wykonuje swoje obowiązki. Nie powstaje z tego żadna spektakularna historia, nie pojawia się wzruszający film ani kolejna kampania fundraisingowa. A jednak właśnie w takich chwilach realizuje się sens działalności humanitarnej. Pomoc nie staje się mniej wartościowa dlatego, że nikt jej nie ogląda. Nie potrzebuje publicznego uznania, aby przynosić rzeczywistą korzyść drugiemu człowiekowi.

Nie chciałbym jednak, aby refleksja nad współczesnym humanitaryzmem prowadziła do przekonania, że powinniśmy ograniczać emocje czy traktować je jako przeszkodę w pomaganiu. Empatia pozostaje jednym z najważniejszych impulsów skłaniających człowieka do zainteresowania się losem innych. Bez niej trudno wyobrazić sobie społeczną solidarność, działalność organizacji pozarządowych czy gotowość do podejmowania działań na rzecz osób, których nigdy osobiście nie spotkaliśmy. Problemem nie jest samo wzruszenie, lecz zatrzymanie się na nim. Dojrzała empatia wymaga zainteresowania rzeczywistymi potrzebami człowieka, a także gotowości do przyjęcia, że skuteczna pomoc nie zawsze będzie odpowiadała naszym pierwotnym wyobrażeniom. Czasami oznacza sfinansowanie leczenia, czasami stworzenie miejsca pracy dla lokalnego lekarza, czasami wsparcie edukacji dziecka, a czasami obecność przy człowieku, którego nie jesteśmy w stanie wyleczyć. Każde z tych działań wymaga innego rodzaju zaangażowania, ale wszystkie mogą wynikać z tej samej potrzeby odpowiedzialnego reagowania na cierpienie.

Nie chciałbym, żeby miarą naszej empatii było wyłącznie to, jak bardzo wzruszamy się cudzym cierpieniem. Chciałbym, żebyśmy zaczęli mierzyć ją również tym, co pozostaje po naszym wzruszeniu. Czy pozostaje jedynie udostępniony post, czy może człowiek, który otrzymał pomoc, pracownik, który może dalej leczyć pacjentów, dziecko, które kontynuuje edukację, albo instytucja, która będzie funkcjonowała jeszcze przez wiele lat. Bo ostatecznie nie chodzi o to, żebyśmy dobrze czuli się z tym, że pomagamy. Chodzi o to, żeby dzięki naszej pomocy komuś rzeczywiście żyło się lepiej.

Udostępnij:

Inne Artykuły